31 maja 2015

Jedziesz na bezludną wyspę.

Jedziesz na wyspę - może i bezludną nawet. Albo w daleką, daleką podróż i możesz ze sobą zabrać tylko kilka rzeczy. Lecisz na wyprawę życia i gubisz cały bagaż i pieniądze. Zostaje Ci tylko trochę złotych i możesz kupić jeden kosmetyk. Kot wyrzuca przez okno wszystkie Twoje kosmetyczki (oczywiście, że liczba mnoga przecież każda z nas ma ich wiele). Ok, niezależnie od tego co się stanie, gdzie jedziesz/płyniesz czy lecisz - powiedz mi o JEDNYM produkcie bez którego trudno Ci funkcjonować w makijażu. Jedna, jedna, jedna sztuka!

Jedziesz na bezludną wyspę.
Czytaj dalej...

30 maja 2015

Guerlain Terracotta Joli Tint oraz Baby Glow.


Długo zastanawiałam się czy publikować posta o produktach z których jestem średnio zadowolona. Pomyślałam jednak, że kosmetyki, które chcę Wam pokazać nie należą do najtańszych dlatego być może warto przed ewentualnym zakupem sprawdzić jak będą prezentowały się na Tobie. Ja oczywiście tego nie zrobiłam. Markę Guerlain bardzo, bardzo lubię i używam ich specyfików z wielką przyjemnością - aktualnie na przykład jest to baza Meteorites oraz prasowane meteoryty. Dlatego też z bolącym sercem przedstawiam Ci dwa kosmetyki, które niekoniecznie chciałabym mieć w swojej kosmetyczce.


Na Baby Glow czekałam bardzo długo, czytałam mnóstwo opinii według których albo się BG pokochało albo znienawidziło. U mnie nie nastąpiło ani jedno ani drugie. Ten produkt zwyczajnie mi nie odpowiada i nie czuję się w nim dobrze. "Stop zmarszczkom wywołanym zimowym zmęczeniem. Precz ziemistej cerze – ofierze dni bez słońca. Do widzenia opadniętym rysom, które zdradzają zbyt krótkie noce. Dom Guerlain stworzył podkład we fluidzie, który daje efekt cery niemowlęcia, podkreślając blask i usuwając oznaki zmęczenia i codziennego stresu. Météorites są tu marką samą w sobie. Baby Glow został sformułowany według technologii Stardust – polimeru, który tworzy światło legendarnych „Meteorytów”. Delikatnie pachnie fiołkiem – kultową nutą pudru Météorites. Formuła Météorites Baby Glow to istna alchemia technologii nowej generacji – ta mała magiczna tubka spełnia wszystkie nasze marzenia o perfekcji!" To wszystko w cenie 219 zł za 30 ml (mój odcień to najjaśniejszy). Na mojej twarzy właściwie nie robi nic, spodziewałam się zupełnie czegoś innego - na przykład wyrównania kolorytu, efektu lekkiego glow. Nie widzę go. Jedyne co mi się podoba to zapach, fiołki górą szczególnie wiosną.


Zawód numer dwa czyli Terracotta Joli Teint. Piękne opakowanie, piękne tłoczenie, piękny zapach. Co mi nie pasuje? Cegła na policzkach i trudność w blendowaniu. Minimalna ilość pudru tworzy bardzo mocny efekt na jasnej cerze, który według mnie jest przerysowany. Odcień, który widzisz na zdjęciach to Clair Brunettes czyli teoretycznie powinien być dla mnie idealny. " Można go nałożyć z zamkniętymi oczami, dzięki genialnemu projektowi puderniczki: dwa odcienie - jeden ciepły a drugi chłodniejszy - sąsiadują ze sobą w idealnych proporcjach." Nie można. Puder dostępny w czterech odcieniach w cenie 215 zł.



Na zdjęciach powyżej swatche, Baby Glow na mojej skórze, Joli Tint na moich policzkach oraz obydwa produkty razem.

Miałaś okazję przetestować produkty o których pisałam? A może sama kiedyś zawiodłaś się na produkcie co do którego miałaś spore nadzieje i oczekiwania?
Guerlain Terracotta Joli Tint oraz Baby Glow.
Czytaj dalej...

28 maja 2015

Clinique. Aromatics in White.


Premiera nowego zapachu Clinique nie zrobiła na mnie właściwie żadnego wrażenia. W głowie uknułam plan w którym Aromatics in White są nudną kompozycją, bardzo bezpieczną i zadowalającą każdy przypadkowy nos. Opis wróżył coś, co powinno okazać się czymś bardzo przeciętnym "...śmiała gra pogodnych akcentów drzewnych, subtelnych płatków kwiatów oraz ciepłych nut bursztynowych. Starannie wyselekcjonowane, naturalne i nieskazitelnie czyste składniki tworzą wyrafinowany zapach, który jest zarówno nowoczesny jak i złożony.". I tutaj powinno się zdarzyć to, co domyślasz się, że się zdarzy.


Mleczny, szklany flakon powinien zwiastować albo coś silnego, duszącego i ekstremalnie kwiatowego albo przyjemnego, kojącego. Mój nos odnalazł w Aromatics in White drugą opcję. Kojarzą mi się z domem, czuję w nich odrobinę kwiatów, ciepłego mleka, wanilii. Skład kompozycji to róża, labdanum, paczula, benzoin, ambra, piżmo, neroli, pieprz syczuański, fiołek, wanilia - każda/y z nas będzie czuć w nich jednak coś innego, jak zawsze. Zapach stapia się ze skórą, jest słodko, ale przyjemnie słodko! Mam wrażenie, że po jakimś czasie bardzo subtelnie przechodzi w naturalny aromat mojego ciała. Na mnie układa się przepięknie!


Sytuacja, gdy masz jakieś przeczucia odnośnie zapachu - wzbraniasz się przed nim i nie masz ochoty po niego sięgać, a jednak coś pcha Cię w jego stronę - znasz to? Po bliższym zapoznaniu się nie chcesz pamiętać, że bałaś się go i skreślałaś z automatu. Ale jak to!? Przecież miał być nie dla mnie. Robię to cały czas i nie potrafię się oduczyć, ale jak widać są i dobre zakończenia tak jak w przypadku Aromatics in White.


Dla mnie byłyby idealną opcją na przykład podczas masażu czy zabiegu u kosmetyczki. Jestem pewna, że czując ten zapach mogłabyś maksymalnie się odprężyć i zrelaksować. Świece Aromatics in White! Tak, tak - drogie Clinique rozważcie moją prośbę! Nie pomyśl jednak, że Aromatics in White to oaza spokoju i mdła nuda. Posiadają ogon i mocno stąpają po ziemi, ale z moją skórą stapiają się tak idealnie, że właściwie są jak druga skóra mimo swojej szyprowości, która zwykle stawia mnie nogi niż uspokaja. Takie czary mary. Lubię i zapach i flakon oraz opakowanie. Zapoznaj się z nimi przy najbliższej okazji i daj znać co o nich myślisz!
Clinique. Aromatics in White.
Czytaj dalej...

27 maja 2015

Trzysta kilometrów za mną!


Tak sobie wesoło biegamy, kilometry w aplikacji rosną, mięśnie na nogach się pojawiają, a te na brzuchu czuję, że gdzieś są. Na mojej twarzy zamiast zmęczenia - uśmiech, a zamiast potu - zapach bzu. Tak mogłoby to wyglądać, ALE NIE WYGLĄDA!


Wracam do domu zdyszana, łapię się za domofon, który na szczęście przymocowany jest solidnie i bełkocząc "to ja, wpuść" toczę się na samą górę. Przekraczając próg mieszkania staję się czerwona jak burak, kleję się i lepię, ale hej, ho! Uśmiecham się!
Nie raz i nie osiemnaście powtarzałam, że nigdy nie przypuszczałam, że będę kiedykolwiek biegać. Ba, że sport będzie sprawiał mi frajdę, a pakując się na dwudniowy wyjazd będę zastanawiała się czy brać buty do biegania czy może strój kąpielowy, a może to i to? Zmieniłam się tak bardzo, że czasami trudno mi w to uwierzyć.


Przebiegłam swoje pierwsze dziesięć kilometrów. Dziesięć kilometrów! Wiem, że znajdą się osoby dla których to nic szczególnego i takie trasy robią codziennie, ale dla mnie to absolutnie wielkie wydarzenie! Po prostu wyszłam z domu i przebiegłam dyszkę, a to oznacza, że jestem w stanie, potrafię, mogę! Mogę przebiec dziesięć kilometrów pomimo tego, że od lat byłam sportowym leniuchem - śmierdziuchem. Niesamowite jest to, co potrafi nasze ciało! Ja nadal nie mogę uwierzyć, że wzięłam się za siebie w chwilę po tym jak poznałam Anię Skurę (tutaj możecie przeczytać o niej w moich Geeksach) i trwam w tym nadal!


Robię lodowy detoks, można mi je pożerać tylko w weekendy (chyba, że mamy wyjątkową ku temu okazję jak na przykład Dzień Mamy!). Staram się jeść rozsądniej i uwierzcie - kosztuje mnie to bardzo dużo ponieważ z natury jestem łasuchem. A takim to we wszystkim najtrudniej. Na szczęście zaczął się sezon truskawowy i warzywny więc będzie mi łatwiej? Na pewno również dlatego, że chcę kupić maszynę do robienia lodów w domu, będzie mi zatem tak łatwo, że hej i ho. Jak więc widzisz, biegam, staram się lepiej odżywiać, ale wszystko w granicach rozsądku i tak żeby nie odebrać sobie radości z życia i nie umartwiać się. Czyli wszystko robię zdrowo!


Kto biega ze mną? Kto ćwiczy?

Co mam na sobie? A to: koszulka, legginsy, buty.
Trzysta kilometrów za mną!
Czytaj dalej...

26 maja 2015

Wiosenny worek nowości. Albo wór.

Transparentnie. Letnio. Soczyście. Zarówno w makijażu jak i w pielęgnacji. Jako, że jestem łasa na nowości, w kilku zdjęciach przedstawię Ci to, co moim zdaniem może okazać się ciekawe i warte uwagi właśnie teraz!


Jak już ograniczyłam jedzenie lodów i słodyczy i nadal biegam oraz staram się ćwiczyć - postanowiłam zadbać o ciało, ma mi w tym pomóc najnowszy preparat od marki Eisenberg, który podobno potrafi poradzić sobie ze złym i brzydkim cellulitem. Cera powinna pokochać bombę witaminową napakowaną po brzegi witaminą C od The Body Shop, a włosy zyskać świeżość i objętość dzięki pudrowi Matrix. Rozeta do policzków Smashbox już gościła na mojej cerze i bardzo ją polubiłam, powracam do niej chętnie - tworzy świetny, delikatny i rozświetlony make up.



Lakiery, lakiery, lakiery - uwielbiam i czekam aż moje paznokcie staną na nogi, abym mogła się w pełni cieszyć eksplozją koloru od OPI (kolekcja Hawaii). A usta? Tutaj następuje szaleństwo - nowe pomadki w płynie Dior, które jednym pociągnięciem aplikatora tworzą piękny efekt! Już przetestowałam więc wiem, co mówię! Letnia odsłona Daisy Marca Jacobsa i ... kwiatki, kwiatki, kwiatki! Dla Wielbicielek nieskomplikowanych, ładnych i przyjemnych aromatów.


Mandarino di Amalfi ukochanego Toma Forda (albo może to Amalfi jest ukochane, a nie Tom?) to idealny koktajl na lato, już sam flakon powoduje wzmożone działanie wyobraźni. Ślubna kolekcja lakierów Essie w dość odważnych odcieniach, chociaż tak naprawdę może to ja nie jestem na czasie i teraz wszystko jest dozwolone? Kiedyś przy takiej okazji jak ślub mam wrażenie, że spora część panien młodych wybierała francuski manicure lub pastelowe róże prawda? Pielęgnacyjny krem do opalania Super Soin Solaire Visage Protecteur de jeunesse SPF 15 od Sisley, ma zapewnić średni poziom ochrony Gęsty, kremowy, ale także bardzo delikatny i nietłusty - używam od niedawna i za jakiś czas podzielę się z Wami swoją opinią.



Coś do włosów? Proszę bardzo! Kerastase i CC cream z serii słonecznej, błyskawicznie poprawia kondycję włosów i genialnie je nawilża. Le Blanch de Chanel, niedostępny w Polsce podkład (swój egzemplarz ściągnęłam z kraju kwitnącej wiśni) - genialny, lekki i pięknie rozświetlający, rozjaśniający skórę - odrobinę nie wstrzeliłam się z odcieniem ponieważ powinnam wybrać 10, a nie 20 - zamroczyło mnie w chwili zakupu (latem jednak 20 będzie super idealna!) Tint to makijażu oczu od Armaniego w pięknym, chłodnym i morskim kolorze - na powiece jest pół transparentny, bardzo fajnie się aplikuje i jest trwały. Last but not least - nowe serum do twarzy Lierac w pięknym, pudrowo - różowym flakonie. Seria Hydragenist przeznaczona jest to cery 30 i 30 +, a ma sprawić, że będzie wyglądała zdrowo, promiennie i będzie świetnie nawilżona. Znam sporo produktów Lierac i jestem mocno przekonana o tym, że ta nowość również okaże się świetna.

Dużo nowości i mam wrażenie, że sporo kandydatów na świetne produkty. Znasz któryś z przedstawionych przeze mnie? Co o nim myślisz?

Wiosenny worek nowości. Albo wór.
Czytaj dalej...

23 maja 2015

Milion kompleksów.

Mam małe kompleksy. A kto ich nie ma? Nie znam chyba ani jednej dziewczyny, która jest ich pozbawiona. Znam dziesiątki bardzo zakompleksionych, które nie lubią każdego centymetra swojego ciała mimo, że według otoczenia są piękne, zgrabne i interesujące. Co z tego skoro problem tkwi w głowie i nikt z nas nie jest w stanie przekonać takiej osoby, że jej wizja jest zupełnie inna od rzeczywistości?


Jak było/jest ze mną? Faza bycia za grubą zaczęła się u mnie już pod koniec podstawówki, apogeum sięgnęła na początku studiów. Przez wiele lat nie zastanawiałam się nawet nad tym skąd zarówno u mnie jak i u mojej starszej siostry takie podejście do swojego ciała. Na pewno nie była to wina rodziców bo nigdy, przenigdy nie usłyszałam od nich nic co mogłoby podkopać moją wiarę w siebie, wręcz przeciwnie - do tej pory Mama powtarza mi, że jestem piękna i jedyna w swoim rodzaju. Z czasem jednak i zwiększającą się ilością butelek wina razem wypitych doszłyśmy do wniosku, że przecież nasza najstarsza siostra wiecznie się odchudzała, a my jako małe dziewczynki byłyśmy świadkami tej dość dziwnej walki. Dla nas zatem jej diety, nie jedzenie słodyczy, nie słodzenie herbaty, narzekanie na swój wygląd było normalne. Normalne do tego stopnia, że wdrożyłyśmy to i w swoją codzienność. Lata, które zmarnowałam na umartwianie się nad swoim wyglądem to najbardziej stracony czas świata. Po pierwsze, gdyby kilka kilogramów tak bardzo by mi przeszkadzało - zrzuciłabym je. Ja wolałam jęczeć i nie ćwiczyć, bo w tamtych czasach ćwiczenie na wuefie było dla frajerów. Tym sposobem dotarłam do czasu studiów, gdzie wpadłam na fascynujący pomysł żywienia się powietrzem. Tak skomponowane posiłki przyjmowałam przez jakiś czas, do momentu aż zza rogu wyskoczyły problemy zdrowotne, a ja musiałam przywitać się z powrotem z jedzeniem.

Kolejne lata były ok, czułam się w miarę dobrze w swojej skórze. Jak jest teraz? Bardzo dobrze! Oczywiście, że zdarzają się dni kiedy mam wrażenie, że boczki wypłyną ze spodni, owiną się dookoła kostek, a później przemieszczą na głowę, ale to są epizody. Nauczyłam się nie zadręczać. Wzięłam się w garść i zaczęłam biegać, ćwiczyć i od jakiegoś czasu staram się lepiej jeść. Nie odmawiam sobie przyjemności jakimi dla mnie są na przykład lody, jem je i akceptuję to. Akceptuję także swoje ciało chociaż tak jak wspominałam czasami chciałabym, aby wyglądało zupełnie inaczej - w chwilę później jednak sama siebie doprowadzam do porządku i strofuję: hej, przecież są ważniejsze rzeczy na świecie niż jakieś chore dwa centymetry w talii czy super wymiary. No bo są prawda?

Wydaje mi się, że nastawienie do ciała i do siebie zaczęłam zmieniać w chwili, gdy zaakceptowałam to jak wyglądam. Może to jest właśnie ten klucz? Przestajesz łapać się dziwnych historii, które wyniszczają Twój organizm, zaczynasz zajmować się sprawami, które są ważne dla Ciebie, nie umartwiasz się codziennie na samą myśl o obiedzie czy wafelku w czekoladzie. W końcu nadchodzi moment w którym w zgodzie ze sobą, może nawet nieświadomie podejmujesz działania, które mają na celu zapewnić Ci lepsze samopoczucie i lepszą codzienność, a w efekcie okazuje się, że dzięki tym drobnym rzeczom zmieniasz i siebie i swoje ciało. Tak właśnie było ze mną. To co przez pół życia było dla mnie kompleksem - zaakceptowałam i zaczęłam powoli zmieniać. Bez ciśnienia. Bez jakiejś chorej presji czasu czy otoczenia. W tej chwili mam jakąś wizję w której chciałabym być smuklejsza, silniejsza, sprawniejsza fizycznie, ale nie jest to priorytetem mojego życia. To coś, co osiągnę swoją pracą za jakiś czas. Wiecie co jest najgorsze? Że coś, co tak naprawdę nie ma właściwie znaczenia czyli kilka kilogramów, odstające ucho czy zakrzywiony nos są w stanie spowodować niechęć do własnej osoby.

Kiedyś usłyszałam, że z kompleksami jest tak, że otoczenie zaczyna je widzieć w chwili, gdy Ty zaczynasz o tym mówić, wcześniej nikt nie zwraca na to najmniejszej uwagi.
Co o tym myślisz?
Milion kompleksów.
Czytaj dalej...

21 maja 2015

Miejsca: Salon Wisła, Warszawa.

Długo kazałam Ci czekać na kolejną część moich Miejsc, ale w końcu jestem i to z całkiem fajnym kąskiem, obiecuję! Salon Wisła, bo o nim dzisiaj będę Ci opowiadała to miejsce w którym możesz jak nietrudno odgadnąć zadbać o swoje dłonie, stopy i pazurki. Mogłoby być jednym z setek na mapie Warszawy, wtórnym i sterylnym, ale nie jest! Nie jest, na szczęście! Moje pierwsze skojarzenie z Wisłą? Fajne dziewczyny i atmosfera.



Wchodzisz tam i czujesz się jakbyś spędzała czas z dobrą koleżanką, nie ma żadnego nadęcia, zadęcia czy spinania się. Dziewczyny mówią do Ciebie po imieniu, co dla mnie jest super fajne bo zawsze nieswojo czuję się, gdy osoba starsza ode mnie mówi Pani Agato (nawet, gdy ja staram się mówić na Ty). Zuzę (blondynka na zdjęciu), która jest właścicielką Wisły mogłaś poznać w moich Geeksach (tutaj!), artykuł w Miejscach nie jest sponsorowany, Zuza nie ma pojęcia, że planowałam cokolwiek napisać. Moja opinia jest zatem szczera i co więcej, a co dla niektórych z Was jest istotne - za mani & pedi płaciłam własną krwawicą (tak się kiedyś mówiło na pieniądze, mówi się tak jeszcze czy tylko ja zostałam sześćdziesiąt siedem lat za wszystkimi?). Do rzeczy. Mówimy sobie po imieniu, pijemy herbatkę lub kawkę w ładnym pomieszczeniu, uśmiechamy się i jest fajnie. Co najważniejsze jednak w tego typu miejscach to według mnie bezpieczeństwo i profesjonalizm, prawda? A ja wszystko obserwowałam. Serio. Nawet, gdy dziewczyny nie widziały, że patrzę to ja patrzyłam i notowałam w głowie co i jak. Są rękawiczki, jest maska, wszystko sterylne i czyste, balia z wodą zabezpieczona folią. Sama będziesz mogła to zauważyć jeśli kiedyś będzie Ci po drodze do Wisły bo dziewczyny wszystko robią na Twoich oczach. W Wiśle robiłam zarówno manicure jak i pedicure, nigdy nie miałam żadnych problemów, dziewczyny są delikatne i pytają się czy jest Ci komfortowo, czy frezarka nie powoduje dyskomfortu (przy pedi) i odpowiadają na wszelkie pytania - odnoszę wrażenie, że posiadają zatem wiedzę na temat tego, co robią.



Lakiery, których używają to przede wszystkim Essie, trochę OPI, Vinylux - możesz spodziewać się, że efekt będzie trwały, możesz zrobić sobie hybrydę albo poszaleć z wzorkami (ja kiedyś to zrobię, jak tylko będę mogła poświęcić na to więcej czasu) - dziewczyny wrzucają na swojego Insta lub FB dużo zdjęć więc możesz potraktować to jako inspirację albo wybrać się z gotowym "projektem". Ceny możesz znaleźć tutaj. Wisła to miejsce do którego będę wracać, bez dwóch zdań.

Miejsce: Salon Wisła
Gdzie: al. 3 Maja 14, Powiśle, Warszawa
www: Fb, Instagram

Zdjęcia pochodzą z mojego aparatu, z profilu FB Wisły lub z profilu Kasi, która jest menadżerką salonu (musiałam je wstawić!). Zuza wprowadziła system pieczątek dla Stałych Klientek więc koniecznie poproś o swoją kartę, aby po kolejnej wizycie móc skorzystać z darmowego zabiegu.
Miejsca: Salon Wisła, Warszawa.
Czytaj dalej...

19 maja 2015

Wygraj zestaw Vichy dla swojej Mamy! (zakończony)



Jeszcze zdążysz! Razem z marką Vichy mamy dla Was niespodziankę - możesz wygrać zestaw kosmetyków dla swojej Mamy! Wystarczy, że dokończysz zdanie

"Moja Mama kojarzy mi się z..."

... i zostawisz odpowiedź w komentarzu pod postem. Konkurs trwa do 23 maja (północ), a adresy potrzebne do wysyłki musicie mi przekazać jak najszybciej - chciałabym, aby niespodzianki trafiły do Waszych Mam (lub do Was jeśli chcecie je osobiście wręczyć) w dniu ich Święta. Do wygrania trzy zestawy kosmetyków: Idealia, Neovadiol oraz - w każdym zestawie krem na dzień, krem na noc oraz krem pod oczy. Fajnie, prawda? Regulamin znajdziesz tutaj. Byłoby nam bardzo miło gdyby Wasze Mamy zechciały się z nami podzielić w kilku zdaniach swoją opinią na temat kosmetyków!

Ja także jestem Mamą, o czym już zapewne wiesz. Dla siebie wybrałabym zestaw Idealia, przede wszystkim ze względu na potrzeby mojej skóry, która często jest zmęczona. Idealii używałam po drugiej ciąży i szczerze - uważam, że zarówno krem jak i serum do twarzy to naprawdę dobre produkty. Niedawno w ofercie marki pojawił się Regenerujący Balsam w żelu na noc, jeszcze nie miałam okazji go wypróbować, ale róż mnie bardzo przyciąga.


Jeśli masz ochotę tutaj możecie przeczytać recenzję rozświetlającego kremu Idealia, tutaj natomiast serum do twarzy.

Dziewczyny i Chłopaki, powodzenia!

Bardzo dziękuję Wam za udział w konkursie, gdybym tylko mogła nagrodziłabym wszystkie wypowiedzi. Każda z Mam jest wyjątkowa i to w jaki sposób o niej pisałyście/pisaliście sprawiło, że niejednokrotnie miałam łzy wzruszenia w oczach. Dla mnie był to jeden z najtrudniejszych konkursów jakie przeprowadziłam - Wasze odpowiedzi tak osobiste, że czytałam je z zapartym tchem. Dziękuję Wam!

Nagrodziliśmy trzy osoby:
sobe
Moja mama kojarzy mi się z cytatem A.Einsteina "Tylko życie poświęcone innym warte jest przeżycia". Te słowa idealnie opisują charakter mojej kochanej mamy. Podziwiam ją za wiele rzeczy, za dobroć,która jest w niej,a którą dzieląc się po stokroć mnoży, za niewiarygodną wręcz wyrozumiałość do innych,empatię, konsekwencję i upór w swoich postanowieniach,zaraźliwy wręcz optymizm,którym potrafi rozpędzić nawet największą życiową burzę .Za ręce,które głównie dają,rzadko kiedy coś biorą, za to,że umie słuchać innych całą sobą i niesie ze swoją osobą zawsze nadzieję na lepsze jutro. Za to,że nigdy nikogo nie ocenia i nie skreśla przedwcześnie , a stara się zrozumieć i pomóc, za to że jest dla bliskich osób zawsze wtedy kiedy jej potrzebują (choćby i to była 3 w nocy, a rano musiałaby iść do pracy) i przede wszystkim za to, że pomimo wszystkiego wokół zawsze jest wierna swoim zasadom i nigdy nie boi się być w 100% sobą! :)

Anya
oja mama kojarzy mi się odpowiedzią, że "nie wejdzie do garnka" kiedy ktoś ciągle pyta się jej kiedy będzie obiad. Z lakierem do włosów bo zawsze go nadużywa. Ze szminką do ust, bo to jedyny kosmetyk do makijażu, którego używa. Z wieczorami, kiedy siadała ze mną na fotelu, oglądałyśmy filmy i robiła mi do spania długie warkocze. Z poczuciem bezpieczeństwa, z dobrą radą na każdy dzień i z rozwiązaniem każdego problemu. Nie ważne czy to urwana głowa od lalki Barbie kiedyś, czy zbite kolano, czy zafarbowane koszule na różowo, mama zawsze coś na to poradzi. Ponad to kojarzy mi się z długimi rozmowami przez telefon, z wiecznym bałaganem w torebce, śpiewaniem przy robieniu sałatki owocowej i z balkonem wypełnionym po brzegi kwiatami.

Karolina Łach
Moja mama kojarzy mi się z osobą która zawsze dmucha na zimne. Woli być przezorna ale ubezpieczona. Zawsze zakłada czarne scenariusze, jest przewrażliwiona na tysiącach punktów. Strasznie marudzi, głośno rozmawia, leni się przed telewizorem zjadając tonę pestek słonecznika. Kojarzy mi się z osobą, której nie chce się zrobić obiadu, wyjść z psem czy pójść do sklepu. Jest okropna, i mimo że łączy mnie z nią silna więź pokrewieństwa to strasznie mnie irytuje i denerwuje. Plotkuje, nie lubi naszych sąsiadek i wyzywa polityków. Jest nudną, bezinteresowną i pozbawioną empatii osobą. A tak na prawdę to strasznie ją kocham i kojarzy mi się z orzeźwiającym zapachem cytrusów, którego wszędzie jest pełno. Zaraża swoją osobą, humorem i miłością wszystkich dookoła. Stwarza silne więzi i jest najwspanialszą kobietą na całej kuli ziemskiej a nawet i wszechświecie. Kojarzy mi się z tym zapachem bo zawsze jest świeża, wypocząta i z uśmiechem na twarzy wita każdy dzień. Radzi sobie z natłokiem codziennych wrażeń i problemów. Drugiej takiej nie znajdę! Jest jak najlepsza przyjaciółka! :)
Wygraj zestaw Vichy dla swojej Mamy! (zakończony)
Czytaj dalej...

Smashbox. Step- By- Step Contour Stick Trio.


Wszystkie wiemy, że konturowanie może zdziałać cuda - zmienić nasz wygląd zupełnie albo co oczywiście według mnie jest zdecydowanie korzystniejsze - podkreślić to, co mamy fajnego i lekko zamaskować punkty zapalne. Niedawno marka Smashbox pochwaliła się swoją nowością czyli Step-By-Step Contour Stick Trio - zestawem trzech kredek do makijażu, odpowiadającym kolejno za: konturowanie, brązowienie, rozświetlenie. Zestaw, który dostałam nie wprawił mnie w wielki zachwyt ponieważ byłam pewna, że konturowanie produktami o takiej konsystencji na pewno jest dużo trudniejsze niż specyfikami pudrowymi. Nie jest, naprawdę!



Nie będę się rozpisywała o tym jak wygląda zestaw - to widzisz na zdjęciach ani o tym jak konturować konkretną twarz, wszystko możesz znaleźć na przykład na stronie Smashboxa, na face chartach zaznaczone są obszary na które powinnaś nanieść odpowiedni produkt. Moja opcja to twarz okrągła (chociaż czasami wydaje mi się, że może jestem sercem?) więc konturuję obszar pod kośćmi policzkowymi, brązuję nieco wyżej, rozświetlam okolice pod oczami, nos, brodę - dodałam jeszcze ze swojej strony łuk Kupidyna oraz miejsce pod brwiami.



Jeśli chodzi o same produkty, tak jak pisałam obawiałam się, że konturowanie będzie trudne. Okazuje się jednak, że kredki są bardzo miękkie i idealnie suną po skórze. Genialnie się rozcierają, możesz zobaczyć to na zdjęciach - narysowałam linie dość mocno, a za pomocą gąbeczki właściwie w ciągu dwóch minut wszystko wyblendowałam. Efekt jest delikatny, ale widoczny - dla mnie to najważniejsze. Nie chciałam widzieć swojej twarzy jako draq queen, wolę subtelny efekt, który z powodzeniem możemy stosować codziennie. Kredki aplikowałam na gołą skórę i pomimo tego, że sztyfty przeznaczone do konturowania oraz brązowienia wydają się być dość ciemne (jest jedna opcja kolorystyczna) doskonale wtopiły się w moją karnację. Jedyne czego żałuję to to, że opcja rozświetlająca nie ma w sobie odrobiny srebra albo perły (chciałam napisać brokatu, ale to moje uzależnienie więc daruję sobie, zawsze przecież mogę na siebie wysypać wiadro), aczkolwiek jestem w stanie to wybaczyć i w razie potrzeby dołożyć trochę blasku np. w postaci genialnego pudru rozświetlającego Fusion Soft Lights (możesz przeczytać o nim i zobaczyć efekt u Agnieszki z bloga whitepraline, boski prawda?).

Na zdjęciach poniżej jestem saute (zdjęcie nr.1), na kolejnych możesz zobaczyć wersję konturowania przeznaczoną dla okrągłych twarzy.



Efekt - delikatny, rozblednowany (nie widać granic wyznaczonych przez produkty) i świeży. Na twarzy nie mam podkładu, jedynie zestaw Smashboxa. Zdjęć nie poprawiałam w programie graficznym więc tak to wygląda naprawdę. I nie wciągam policzków, przysięgam!



W opakowaniu znajdziesz wskazówki dotyczące kształtu twarzy oraz konturowania, są bardzo przydatne oraz strugaczkę. Pamiętacie mój tekst między innymi konturowaniu a'la Kim? Tym zestawem możecie wykonać zarówno delikatną wersję jak i tą z pogranicza draq queen zatem sprawdzi się u każdej z nas, w zależności od potrzeb.

Zestaw trzech kredek w cenie regularnej, w Sephorze kosztuje 165 zł.
Smashbox. Step- By- Step Contour Stick Trio.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...